Zmierzch Bogów, czyli czy to koniec ery lustrzanek?

Już wiele lat temu, kiedy Rafał Wylegała opowiadał podczas Międzynarodowego Festiwalu Fotografii Przyrodniczej w Toruniu o możliwościach nowego wówczas aparatu, który wyglądał jak lustrzanka, ale lustro w nim było nieruchome i półprzepuszczalne, wiedziałem, że ta chwila kiedyś nadejdzie. I nadeszła. Ale po kolei.Półprzepuszczalne lustro zamiast ruchomego co prawda zabiera troszkę światła, ale ma za to niezaprzeczalne zalety. Mniejsza ilość elementów mechanicznych to oczywiście mniejsze ryzyko awarii, cicha praca, ale jest jeszcze jedna istotna zaleta. Ruchome lustro w lustrzankach było i jest dość dużym ograniczeniem jeśli chodzi o „szybkostrzelność” oraz system ostrzenia. Po pierwsze, podniesienie i opuszczenie lustra zajmuje jakiś czas, który z kolei powoduje, że osiągnięcie prędkości rzędu kilkunastu klatek na sekundę jest prawie niemożliwe. Po drugie, w momencie, kiedy lustro się podnosi, fotograf nie widzi co fotografuje i nie działa system autofocusa. Łatwo się domyślić, że w przypadku śledzenia obiektu znacznie łatwiej zgubić to za czym panoramujemy.

A co by było, gdyby w ogóle wyeliminować lustro?

W końcu wyświetlacze elektroniczne są już dosyć dobre, baterie też pozwalają na rozsądnie długą pracę. I tak narodził się bohater mojego dzisiejszego rozważania – bezlusterkowiec. Jako użytkownik systemu jednego z dwóch wielkich producentów lustrzanek miałem nadzieję, że skoro producenci mniejsi ostro wchodzą na rynek z nowymi rodzajami aparatów, prezentując co i rusz ich kolejne generacje, to i wielcy producenci zauważą potrzebę zainteresowania się tym sektorem rynku. To co zaproponowali można jednak nazwać jednym słowem – żenada. Kupiłem bezlusterkowca jednej z dwóch wielkich marek i zabrałem go w teren na fotografowanie konwalii mniej więcej rok temu. Jeszcze tego samego dnia postanowiłem aparat zwrócić, gdyż to co dostałem nie dawało żadnych oczekiwanych przeze mnie możliwości. Cóż, nie doczytałem, a oczekiwałem pewnego standardu od renomowanego i sprawdzonego przez mnie przez lata producenta. Mój błąd. Nowy aparat bardziej przypominał kompakt z wymienną optyką niż zamiennik dla lustrzanki. Oddałem go i zamieniłem jeszcze tego samego dnia na bezlusterkowca innego producenta (spoza wielkiej „dwójki”, acz chyba niemniej znanego). Wiedziałem, że jeśli mi się spodoba, to będzie to oznaczało konieczność wymiany całego sprzętu, co zawsze jest trudne, czasochłonne i niestety kosztowne. Ale jeśli się powiedziało „A”… I „niestety” nowy nabytek przypadł mi do gustu.Obawiając się, że nowego sprzętu będzie się trzeba uczyć zupełnie od nowa, przyjąłem założenie, że będzie on służył tylko do niektórych zadań – na początku do makrofotografii i fotografii krajobrazowej. Pozostałe zadania miały dalej być realizowane przy pomocy lustrzanki. Jakie były moje wrażenia? Na początku trochę się bałem, bo obsługa jest zupełnie inna niż przy lustrzance. To pierwszy i najważniejszy element przejścia na inny system – trzeba się przełamać psychicznie, żeby chcieć się nauczyć nowego sprzętu. Mnie się to na szczęście udało, choć łatwo nie było. I powiem Wam – było warto.

Jakie są moje wrażenia po półtora roku używania?

Wymienię je w punktach:

  • Spodobało mi się to, że można do niego podpiąć praktycznie każdy obiektyw, bo są przejściówki z każdego systemu. Obiektywy od Zenita? Żaden problem. Obiektywy od Nikona, Canona? Żaden problem. Zasób manualnych obiektywów o wyśmienitych możliwościach optycznych i pięknym rysunku jest ogromny, a ich ceny śmiesznie niskie.
  • Wyświetlacz i wizjer elektroniczny to nie jest zło, jak uważają niektórzy. Widać 100% kadru, od razu widać jak będzie naświetlone zdjęcie, jakie są jego parametry, nawet histogram i to w momencie wykonywania zdjęcia. I jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Konia z rzędem temu, który fotografując makro, ustawi minimalną przysłonę w obiektywie i będzie w stanie ustawić ostrość w odpowiedni punkt przy pomocy lustrzanki. Nawet ludzie o sokolim wzroku nie są w stanie tego zrobić, chyba, że punkt ostrości nie ma aż tak wielkiego znaczenia. U mnie najczęściej jednak ma znaczenie kluczowe. Bezlusterkowiec z ekranem/wizjerem elektronicznym pozwala na powiększenie fragmentu obrazu, ustawienie ostrości w punkt i wyzwolenie migawki. To jeden z kluczowych dla mnie faktów przemawiających za bezlusterkowcami.
  • Elektroniczny wizjer to także wyeliminowanie konieczności odrywania aparatu od oka. Przy lustrzankach często jest tak, że robimy zdjęcie, odrywamy aparat od oka, oglądamy obraz na ekranie, korygujemy parametry (albo nie) i przykładamy aparat do oka, żeby fotografować dalej. Wizjer elektroniczny w całości to eliminuje – patrzymy cały czas w niego i nie musimy odrywać aparatu od oka.
  • Aparat tego typu jest mały, żeby nie powiedzieć malutki. Mały i lekki. Po pewnym czasie używania lustrzanki, szczególnie kiedy ma się więcej osprzętu i obiektywów, waga zaczyna mieć niemałe znaczenie. I to jest jeden z podstawowych powodów wymiany lustrzanki na bezlusterkowca u wielu osób, z którymi rozmawiałem.
  • Dyskrecja. Są takie okoliczności, w których rozmiar ma znaczenie. I to przeciwnie niż w innych okolicznościach. W fotografii, szczególnie podróżniczej czy ulicznej jest lepiej, gdy aparat nie rzuca się w oczy. Praktyczniej i bezpieczniej wyglądać jak amator z kompaktem, bo takim się mało kto przejmie. Człowiek z dużą lustrzanką zwraca na siebie uwagę nie tylko tych, których fotografuje, ale także różnego rodzaju opryszków, dla których lustrzanka kojarzy się z drogim sprzętem, który dobrze ukraść i sprzedać.
  • Dyskrecja po raz wtóry – prawdziwie bezgłośny tryb migawki. Szczególnie przydatne przy fotografowaniu reportażu ale także gdy jesteśmy blisko zwierząt, które są wrażliwe na różnego rodzaju odgłosy.
  • Cieszy szybkość autofocusa i fakt, że nawet w średniej klasy bezlusterkowcu pokrywa on cały kadr, a nie tylko jego centralną część , jak to ma miejsce w lustrzankach. O ilości pól AF nie będę wspominał, bo ta idzie w setki.
  • Szybkostrzelność na poziomie kilkunastu klatek na sekundę dostępna już w tanich modelach przydaje się przy fotografowaniu szybko przemieszczających się obiektów, np. ptaków.

Generalnie można powiedzieć, że to co do tej pory było dostępne tylko w najdroższych lustrzankach, teraz bez problemu jest „upakowane” do średniej klasy bezlusterkowca.

Ale czy wszystko jest na „tak”?

Większość na pewno. Ale trzeba sobie zdawać sprawę z ograniczeń takiego sprzętu.

  • Wiele bezlusterkowców nie ma tak solidnej budowy jak lustrzanki, nie są uszczelnione, a co za tym idzie w trudniejszych warunkach mogą sobie nie poradzić. Są oczywiście i takie, które są uszczelnione i mają pancerną budowę i dadzą sobie radę wszędzie. Ale wiadomo, są droższe.
  • Wielkość sprzętu, która dotyczy korpusów i obiektywów oznacza często także mniejsze matryce światłoczułe. O ile w lustrzankach mamy w zasadzie tylko rozmiar APS-C i tzw. pełną klatkę, o tyle tu w zasadzie jest pełen zakres możliwości, zależny od producenta. Jednak warto pamiętać, że w bezlusterkowcach także występuje tzw. pełna klatka, czyli jeśli ktoś przywykł do możliwości i jakości takiej matrycy – nie musi się z nią rozstawać. Co ciekawe, wg DxO Mark najlepsza matrycę spośród wszystkich aparatów ma w chwili obecnej… bezlusterkowiec!
  • Prądożerność. Niestety to, że bezlusterkowiec ma ekran oraz wizjer elektroniczny pociąga za sobą większy pobór prądu z baterii. Dlatego warto mieć kilka baterii na zapas. Nie należy się jednak obawiać żonglowania bateriami, jedna naładowana do pełna starczy na kilkaset zdjęć. Nie jest tak źle.
  • Ograniczony zasób obiektywów natywnych. Nie da się ukryć, że bezlusterkowce to względna nowość. Projektując nowy rodzaj aparatu producenci zastosowali nowy rodzaj mocowania, specyficzny dla danego bezlusterkowca. Oznacza to, że obiektyw od lustrzanki producenta X nie będzie pasował do bezlusterkowca producenta X bez specjalnej przejściówki, która często kosztuje bardzo dużo. Wszystko po to, żeby obiektywy mogły być mniejsze. Drugą stroną medalu jest to, że musimy płacić za wymianę obiektywów i całego osprzętu. Z każdym dniem ilość dostępnych obiektywów rośnie (także od producentów niezależnych), jednak do tej z lustrzanek bardzo daleko. Ale trudno się dziwić, skoro historia lustrzanek sięga kilkudziesięciu lat – trochę sprzętu się przez ten czas uzbierało.

Dlaczego uważam, że dni lustrzanek są policzone?

Bo technologicznie zabrnęły w ślepą uliczkę. Nie da się przeskoczyć ograniczeń wynikających z „klapiącego” lustra. Bezlusterkowce z kolei są nowe, świeże, zapewniają podobną jakość jak lustrzanki przy znacznie mniejszej wadze i gabarytach, a ponad to dają wiele więcej, czego lustrzanki dać nie mogą z uwagi na ograniczenia technologiczne. Myślę, że mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem jak w przypadku pojawienia się aparatów cyfrowych. Dotychczasowi użytkownicy filmu narzekali na cyfrówki, że jakość nie taka, że to w zasadzie nadaje się tylko do zabawy. Dziś wszyscy oni fotografują cyfrówkami. Podobnie będzie niebawem z bezlusterkowcami i lustrzankami, bo coraz więcej ludzi dostrzega wady lustrzanek i niekwestionowane zalety bezlusterkowców.

I na koniec. Wiele osób to na razie dziwi, że zupełnie porzuciłem lustrzankę i wszystkie zdjęcia robię bezlusterkowcem. Trudno się dziwić, skoro przez lata panował pogląd, że żeby mieć dobre zdjęcia trzeba mieć lustrzankę. Nawet totalni amatorzy fotografujący tylko na wczasach nosili lustrzanki „bo tak trzeba”. Już wkrótce to się powinno zmienić…

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *