Kto by pomyślał, że worek się jednak rozwiąże? Po moim pierwszym spotkaniu z modliszką (Mantis religiosa), opisanym i udokumentowanym we wpisie [ Modliszka, łąkowy zabójca ], wkrótce dowiedziałem się o prawdopodobnym bytowaniu innej około 2 i pół kilometra dalej. Przy pierwszej okazji nie mogłem nie zbadać tej informacji. Okazała się jak najbardziej prawdziwa, a poszukiwana delikwentka siedziała sobie jak gdyby nigdy nic na kępie wrzosów. Miejsce do polowania z pewnością dobre, bo mnóstwo owadów przylatuje na te kwiaty. Tamtego dnia światła dobrego nie było, więc powstały zdjęcia jedynie dokumentacyjne. Zamarzyłem sobie jednak, że wrócę w to samo miejsce o świcie i ona tam będzie czekała na mnie. Marzenie dość śmiałe, ale jak się okazało nie było nierealne.

Jechać czy nie jechać, oto jest dylemat

Decyzja o wyjeździe w teren to zawsze wynik bilansu. Trzeba wziąć pod uwagę przede wszystkim pogodę, ale także szanse spotkania odpowiedniego obiektu. Ten wyjazd miał mieć bardzo konkretny cel, którym było sfotografowanie modliszki w porannej rosie. Pogoda grała tu zatem kluczową rolę – tylko odpowiednia wilgotność powietrza i temperatura jest w stanie zapewnić wystąpienie rosy. Już dzień wcześniej prognozy zapowiadały znaczny spadek temperatury, co bardzo dobrze wróżyło. Przygotowałem ubrania na chłodny i wilgotny poranek, spakowałem sprzęt i położyłem się spać. Wschody słońca są już późno – około 6:00 rano, więc budzik ustawiłem na kilka minut przed piątą.

Pierwszą rzeczą, jaką wykonałem po wyłączeniu budzika, było sprawdzenie pokrywy chmur i prognozy na jej przemieszczanie. No i tutaj mina mi trochę zrzedła. Chmury miały się przemieścić w dosyć niekorzystny sposób i o wschodzie zasłonić słońce. Nie tego oczekiwałem. Tu jednak z pomocą przyszedł rzut oka na prognozę na kolejne świty. W mgnieniu oka wiedziałem, że jednak powinienem jechać właśnie dziś, bo ponowna okazja może nadarzyć się dopiero w przyszłym tygodniu. Tyle czekać nie dałbym rady 😉 Podniosłem się z łóżka, a dalej wszystko potoczyło się „jak zwykle” – toaleta, śniadanie, herbata, ubieranie się i w drogę.

Widoki, które cieszą oko

W drodze na miejsce oczekiwanej sesji moim oczom ukazała się łąka z kilkoma drzewami spowitymi we mgle. Nie mogłem się nie zatrzymać, żeby ich nie uwiecznić. Kocham takie widoki, mimo że widziałem ich już tysiące.

Po dotarciu na miejsce udałem się od razu tam, gdzie wcześniej spotkałem modliszkę. Niestety mimo usilnego przeglądania różnych potencjalnych miejsc, nigdzie jej nie wypatrzyłem. Na pewno gdzieś tam była, ale nie chciała mi się pokazać. No cóż, bywa i tak. Trafiłem za to na włochatą gąsienicę imponujących rozmiarów – miała jakieś 8 cm długości i grubość mojego palca wskazującego. Dopełnieniem pierwszej części sesji były pajęczyny, przebarwiające się już liście brzozy oraz mgliste pejzaże w dolinie Miazgi. Temperatura 6 stopni Celsjusza sprawiła chyba, że większość mieszkańców łąki gdzieś się pochowała.

Moja niezawodna modelka Mantis religiosa

Pierwsza część sesji była raczej rozczarowująca, dlatego postanowiłem odwiedzić kępę wrzosów, na której tydzień wcześniej spotkałem modliszkę. Już po 5 minutach jazdy samochodem byłem na miejscu i lustrowałem sporych rozmiarów krzak. Od ostatniego razu pojawiło się kilka pajęczyn, ale mojej modelki nie mogłem znaleźć. Zacząłem więc fotografować pająki i pajęczyny. To zawsze dobry temat zastępczy. Obszedłem krzaczek jeszcze kilka razy i dopiero po jakimś czasie dostrzegłem tą, której szukałem. Siedziała w bezruchu przytulona do gałązki wrzosu. Faktycznie dobrze się kamufluje. Bardzo dobrze! Co tu dużo mówić, mimo swojego kanibalistycznego zamiłowania, jest po prostu przepiękna. Ale jak to napisał Zibi w komentarzu pod wpisem [ Modliszka, łąkowy zabójca ]„Na łące takie są prawa. Albo zjadasz innych, albo jesteś jedzony.”. Sama prawda. A zatem zapraszam Was na spotkanie z modliszką, moją modelką, którą na pewno jeszcze odwiedzę. A czy będzie czekała… zobaczymy 🙂 Oto Mantis religiosa we wrzosach w pełnej krasie.

Jeszcze jedno podejście do tematu…

Postanowiłem „moją” modliszkę odwiedzić w weekendowe popołudnie w ramach spaceru rodzinnego. Pogoda była dobra, słońce przedzierało się skutecznie przez chmury, żal było nie jechać. Modelka oczekiwała na mnie, a ja wyposażony w dwa inne niż poprzednio obiektywy rozpocząłem sesję (Sony FE 90/2.8 Macro i Sony FE 70-300 G). Skupiłem się na kadrach środowiskowych nie zapominając oczywiście o zbliżeniach. Inne niż wcześniej obiektywy wykorzystałem głównie po to, żeby uzyskać inny rysunek nieostrości oraz inną głębię. Kolejne zdjęcia, to kolejne punkty widzenia i kolejne sytuacje. Tym razem doświadczyłem tego, że modliszka potrafi bardzo szybko się przemieszczać, choć zwykle tego nie robi. Niestety nie zaobserwowałem polowania, ale to chyba dobrze – będę miał motywację do dalszego drążenia tematu i obserwacji.

2 Odpowiedzi do “Modliszka we wrzosach”

  1. Czułe określenie „moja niezawodna modelka” brzmi znacznie sympatyczniej niż „łąkowy zabójca” 🙂
    A we wrzosach wygląda naprawdę fajnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *