Zima na Skrzycznem, część III (ostatnia)

Poprzednią część relacji możecie przeczytać tu: Zima na Skrzycznem, część II

Swoją relację przerwałem na czwartkowym wieczorze, a zatem pora na kolejny, drugi dzień pleneru.

Piątek

Tu od początku prognoza była jednoznaczna – będzie bardzo mocno wiało i będzie intensywnie padał śnieg. Pogoda do zdjęć ciekawa i stanowiąca wyzwanie, ale jedno było pewne – na świt nie ma co wstawać. Kilku chłopaków z pokoju, mimo takiej prognozy jednak zdecydowało się wstać bardzo wcześnie i wyruszyć, choć raczej wyjście miało stanowić wyzwanie bardziej turystyczne niż fotograficzne – chcieli dotrzeć do Baraniej Góry, która wg znaków  była oddalona o 4 godziny marszu. Biorąc pod uwagę krótki zimowy dzień i niesprzyjające warunki, chłopaki nie mieli innego wyjścia jak spróbować wyjść wcześnie rano. I poszli… Ja postanowiłem pospać dalej. W końcu czy pójdę wcześniej czy później – warunki będą podobne, światła tak czy siak nie będzie, więc różnicy nie będzie żadnej. I tak po zjedzeniu śniadania i gorącej herbacie wyruszyliśmy w 3 osoby w teren. Kierunek był ten sam co poprzedniej grupy – na zachód. Dwaj moi kompani – Jerzy i Maciek – mieli zamysł iść jak najdalej w stronę Baraniej Góry. Ja pomyślałem, że przede wszystkim chcę poszukać ciekawych kadrów, a te nie koniecznie muszą się znajdować wiele kilometrów od schroniska. Dlatego też po kilkuset metrach, kiedy znalazłem ciekawy do fotografowania las, odłączyłem od grupy. Moi kompani pomaszerowali w stronę Małego Skrzycznego. Rakiety oczywiście okazały się bardzo przydatne, bo poza udeptanym szlakiem śniegu było naprawdę sporo. Najpierw oddałem się fotografowaniu drzew w lesie, po czym postanowiłem wyjść na otwartą przestrzeń i poszukać ciekawych kadrów. Podobnie jak moi koledzy ruszyłem w stronę Małego Skrzycznego.

Nie idzie iść dalej

Kiedy znalazłem się na otwartej przestrzeni szybko przekonałem się, że ubranie się na najgorsze warunki opłaciło się. Gruba kurtka, szalo-kominiarka, czapka uszanka, grube spodnie i ciepłe buty – to wszystko bardzo dobrze chroniło mnie przed niesprzyjającą pogodą. Pozostało jednak jedno miejsce nieosłonięte – twarz. Wiatr i śnieg smagający mnie po policzkach w końcu sprawił, że straciłem w nich czucie. Pomyślałem więc, że chyba odpuszczę sobie dalszą wędrówkę i poszukam kadrów w drodze powrotnej. Zawróciłem tuż przed szczytem Małego Skrzycznego.  Idąc z wiatrem mogłem zdecydowanie wygodniej  rozglądać się na boki w poszukiwaniu ciekawych miejsc i elementów krajobrazu, a i czucie w policzkach szybko wróciło 😉

Podczas tego wyjścia większość zdjęć, które powstały, określiłbym w skrócie „białe na białym” – białe drzewa na tle białego śniegu i do tego w padającej śnieżycy. Odcienie bieli przy ogólnym braku światła. Ale zobaczcie sami.

Robiłem sporo zdjęć sekwencyjnych, które mogą się przydać w pokazie…zobaczymy, może coś powstanie.

Tym czasem wróciłem do schroniska, gdzie bez zbędnej zwłoki spożyłem gorącą herbatę. Co robi fotograf przyrody na plenerze najczęściej? Sprawdza prognozę pogody. A ta pokazywała znaczną poprawę warunków przed zachodem słońca i to na tyle, że zachód mógłby być naprawdę fajny. Nic, tylko spróbować.

Piątkowy zachód słońca

Kiedy wyszedłem „zapolować” na światło zachodu, pogoda poprawiła się na tyle, że nie padał śnieg, a wiatr zelżał znacznie. Około półtorej godziny przed zachodem słońca, pomiędzy chmurami zaczęły pojawiać się przebłyski światła. Będzie dobrze, pomyślałem. I nie pomyliłem się. Tuż za szczytem Małego Skrzycznego rozpościera się spory otwarty teren. Gdy wyszedłem z lasu, byłem już pewien, że będzie bardzo dobrze. Światło zmieniało się z minuty na minutę, a chmury przemieszczające się po niebie i tuż nad pobliskimi szczytami tworzyły niesamowity klimat. Trudno było się zdecydować, w którą stronę skierować aparat – czy w stronę drzew na tle pomarańczowo podświetlonej chmury, czy też w przeciwną, gdzie na tle granatu nieba odcinało się pojedyncze oszronione drzewo. Szybkie działanie pozwoliło zarejestrować oba te zjawiskowe widoki…i wiele innych. To nie prawda, że fotografowanie krajobrazu to czynność statyczna.

Po udanych zdjęciach wróciłem do schroniska już po zmroku. Nagroda w postaci schabowego z frytkami i grzanym piwem, jaką sobie zafundowałem była w pełni zasłużona 🙂

Kolejny wieczór minął w doborowym towarzystwie i na oglądaniu pięknych prezentacji oraz pokazów przygotowanych przez moich koleżanek i kolegów. Prognoza pogody na sobotni świt sprawiła, że po 22-giej większość plenerowiczów była w łóżkach, a ich budziki czekały w blokach startowych.

Sobotni świt

Żurawie się drą…ale to środek zimy i to w górach. Nic w tym dziwnego, bo od lat mam klangor tych ptaków ustawiony na dźwięk budzika. Działa zawsze bez pudła. Tym razem wstają wszyscy w naszym pokoju. Nikt nie zamierza przespać jedynego dobrze zapowiadającego się wschodu słońca podczas tego pleneru. Pokój jest tak mały, że ledwo się mieścimy, ale trzeba jakoś sobie radzić. Szybka kanapka, gorąca herbata, odpowiednie ubranie i można ruszać w teren.

Gdy dotarłem na pierwszą otwartą przestrzeń pod szczytem Skrzycznego, ujrzałem już całkiem spory tłumek ludzi ze statywami i aparatami. Nikt z plenerowiczów na pewno nie został w ciepłym łóżku. Wszyscy wolą marznąć i doświadczyć pięknego światła świtu. Zresztą oglądając takie świty nikt nie myśli o tym, że jest zimno. Adrenalina działa. Początkowo jednak nie bardzo wiadomo, czy światło się pojawi – przez grzbiet, na którym jesteśmy i przez doliny poniżej przetaczają się chmury. Co kilka chwil widoczność na moment się poprawia i w oddali majaczą szczyty Tatr, a to pozwala mieć nadzieję, że chmury w końcu odpłyną w dal.  Tak też się dzieje. Problemem podczas takiego „masowego” fotografowania jest to, żeby ktoś niepożądany nie znalazł się w kadrze, ale także żeby samemu nie przeszkadzać innym. Lata praktyki plenerowej sprawiają, że większości z nas udaje się znaleźć odpowiednie miejsce do działania. Dowodem na to, że się udało i tym razem, są poniższe zdjęcia.

Słońce szybko wznosiło się ponad horyzont i wkrótce było zbyt ostre, żeby mogły powstać fajne zdjęcia. Większość z nas niemal w tym samym momencie zdecydowało o powrocie do schroniska.  Wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej to już koniec fotografowania podczas tego pleneru. Wczesnym popołudniem pogoda miała zacząć się psuć. Jak się okazało prognoza była znów niestety trafna. Mimo to niektórzy chcieli skorzystać z końcówki dobrej pogody i ruszyli na szlak. Ja, jak większość, zdecydowałem się zostać w schronisku i oddawać się integracji. Szczególnie, że Zygmunt na 12:00 zaplanował tradycyjne zdjęcie grupowe.

fot. Zygmunt Urzędnik

Widząc te wszystkie zadowolone twarze nie można mieć wątpliwości co do tego, czy plener się udał. Ja jestem bardzo zadowolony szczególnie z tego, że pogoda była tak zmienna i można było robić bardzo różnorodne zdjęcia. Towarzysko, jak zwykle u Zygmunta, było rewelacyjnie. Kto nie był, niech żałuje.

Trzeba wracać

Gwoli zachowania kompletności relacji, wypada także napisać coś o powrocie. W niedzielę po śniadaniu, kiedy uruchomiony został wyciąg, przyszedł czas pożegnań. Z niektórymi zobaczymy się znów za rok, z innymi wcześniej. Taka kolej rzeczy. Zjechaliśmy w dół bez większych problemów. Na dole szybkie zakupy serków w kramiku przy dolnej stacji kolejki i w drogę. Niecałe 4 godziny i znów byliśmy w rodzinnym mieście. Teraz tylko się rozpakować i z wypiekami na twarzy można oglądać efekty fotograficznej pracy. Co się udało a co nie…

Kolejny zimowy, górski plener pewnie znów za rok… Poczekamy, damy radę 🙂

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *