Moje pierwsze Pilsko

Przełom roku za pasem, a zimy w centralnej Polsce jak nie było tak nie ma.   Śnieg można tylko powspominać… co niniejszym robię. 🙂

Moje pierwsze Pilsko

Kiedy jesienią 2011 roku dostałem propozycję wzięcia udziału w plenerze zimowym w górach nie bardzo jeszcze wiedziałem co mnie czeka. Na nartach nie jeżdżę, więc raczej zimą w góry do tej pory się nie wybierałem. Pierwszą informacją, która wywołała u mnie dreszcz niepokoju, ale i ekscytacji, była konieczność zabrania rakiet śnieżnych. Nie miałem takowych, więc musiałem kupić. Nie wiedząc, czy będę miał jeszcze chęć i okazję kiedykolwiek jechać w góry zimą, wybrałem te najtańsze. Celem wyjazdu miało być Pilsko, odsłonięty szczyt Beskidu Żywieckiego. Obietnica widoków morza chmur i szczytów Tatr w oddali była bardzo kusząca. Przygoda zaczęła się od wjazdu ratrakiem z parkingu pod samo schronisko na Hali Miziowej. Wygodnie, mimo tłoku i zapachu spalin. Niestety było już ciemno. Ale było grono innych pozytywnie zakręconych, którzy nie wyobrażają sobie życia bez fotografowania i rozmowom nie było końca. Nie wiem jak to jest, ale fotografowie przyrody zawsze mają o czym gadać. Kiedy już wszyscy ochłonęli przyszedł czas na ustalenia co robimy następnego dnia. Dla mnie było to szczególnie istotne, gdyż byłem tam pierwszy raz. Decyzja była przewidywalna – idziemy na świt.

Dziś raczej nie pośpię…

Trudno było myśleć o pójściu do łóżka, gdy tyle ciekawych osób było dookoła, ale w końcu jednak udało się złapać 3 godzinki snu. Budzik w komórce  zadzwonił prawie 2 godziny przed świtem. Bardzo, ale to bardzo nie chciało mi się wstawać z ciepłej pościeli. Na szczęście nic tak nie motywuje jak to, że wszyscy w pokoju wstają i ubierają się. A ubrać się trzeba było solidnie, żeby uchronić się przed sporym mrozem i nielekkim wiatrem. Góry to góry. Zewsząd było słychać krzątanie się współplenerowiczów, więc szybko wypiłem herbatkę, zjadam kanapkę i wyszedłem. Przed schroniskiem czekała już spora grupa. Wszyscy gotowi do wymarszu. Rakiety na nogi i w drogę! Około półtorej godziny po ciemku pod górę nie należało do najlżejszych w moim życiu. Po niedługim czasie grupa wygląda jak łańcuszek światełek (każdy miał czołówkę na głowie). Mimo tego, że sporą część drogi pokonaliśmy nartostradą i w rakietach, szło się ciężko. Powiedzmy sobie szczerze – styrałem się. Krótko po dotarciu do szczytu zaczęło świtać. Dookoła żadnych wydeptanych ścieżek, tylko pojedyncze świerki przypominające bałwany wystają spod śniegu. Tu już bez rakiet chodzić się po prostu nie dało. Koleżanka, która rakiet nie zabrała, wpadła po pas w śnieg i od tego momentu straciła rezon. Zresztą w rakietach miejscami też nie było dużo lepiej, wpadałem „tylko” po kolana. Pogoda raczej była daleka od ideału, a stojac w środku chmury niewiele widać. Ta jednak na chwilę się podniosła i można było zobaczyć okoliczne doliny.

Armagedon

Taka widoczność pozwalała tylko przez chwilę porobić zdjęcia, bo już moment później przyszła kolejna chmura i widoczność spadła do kilku metrów. Do tego zaczął wiać przenikliwy, zimny wiatr. W tych warunkach raczej nie myślałem o zdjęciach, a o tym jak się ukryć, ogrzać, napić gorącej herbaty. Widząc kogoś jak najszybciej postarałem się do niego dotrzeć. Razem raźniej, a sytuacja zrobiła się niepokojąca. Pod jedną z choinek spotkaliśmy kilka osób – skulonych, i czekających na poprawę pogody. Dołączyliśmy do nich. Takich grup było więcej. Próba poruszania się w tych warunkach mogłaby się skończyć zgubieniem i  zejściem na słowacką stronę, gdzie przez wiele kilometrów nie ma żadnych zabudowań. Kiedy pogoda na tyle się poprawiła, że było widać trochę więcej, zaczęliśmy się szukać nawzajem i większą grupą dotarliśmy do tablicy informacyjnej. Stąd droga jest już prosta. Czekać nie było na co, a po tym wszystkim już nie chciało mi się nawet wyciągać aparatu z plecaka. Szczególnie po tym jak wiatr porwał mi rękawiczkę, którą próbowałem założyć. Widziałem tylko jak odlatuje w dal… Wróciliśmy do schroniska.

Dnia część dalsza

Jak to na plenerze, w zasadzie większość zdjęć robi się o świcie i przed zachodem słońca (ewentualnie nocą). Mieliśmy zatem sporo czasu na śniadanie, rozmowy i rozgrzewanie się różnymi napojami. Ciepło, towarzystwo przednie, napój w szklance…czego chcieć więcej? Prognoza na popołudnie i wieczór była obiecująca, więc tego dnia znów można było się „przejść” na szczyt. Tym razem jednak aura była łaskawa i udajło się zobaczyć doliny górskie skąpane w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Mimo, że zdjęcia nie są szałowe, to na pewno warto było pojechać i zmęczyć się kilka razy przy wejściu na szczyt Pilska. Oto efekty:

 

 

Od tego pleneru, regularnie każdej zimy (choć zdarzyło mi się być chorym i nie pojechać jednego razu, ale bywa i tak…niestety) jestem w górach. Nie wyobrażam sobie nie być! A moje najtańsze rakiety służą mi nadal, choć musiałem je już naprawiać. Tej zimy także będę, choć tym razem nie na Pilsku, a na Skrzycznem… to będzie mój pierwszy raz zimą na tym szczycie. Znów coś nowego! Fajnie!

 

2 komentarze

    • Kazik Laskowicz, 28 grudnia 2017, 22:05

    Odpowiedz

    Tekst, jak zwykle napisany ze swadą; tak 3maj w 2018

    • Krzysztof Antoniuk, 29 grudnia 2017, 19:35

    Odpowiedz

    Kilka lat temu też wybrałem się na Pilsko 🙂 Było podobnie 🙂 A to jedno ze zdjęć z tamtego czasu 🙂 C:\Users\Krzysztof\Desktop\2017\Archi – podróże\DSCF0071-0001mf.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.