Późna jesień na błocie, czyli nie zawsze się udaje

Nie lubię tego okresu w roku i chyba nikt nie lubi. Bo jak tu się cieszyć, kiedy częściej pada niż widać słońce. A żeby jeszcze to słońce było o świcie… niemal niemożliwe. Takie chwile zdarzają się rzadko. Minęły ponad 2 tygodnie od czasu, kiedy ostatni raz byłem w terenie na zdjęciach i perspektywa ładnego, bezdeszczowego, a przede wszystkim słonecznego świtu mnie niezmiernie podbudowała.Miałem jechać tydzień temu, kiedy dostałem informację z pewnego źródła, że ptaki są i jest się gdzie położyć. Wtedy niestety życie pokrzyżowało mi plany i nie dałem rady tego sprawdzić w terenie. Przez kolejny tydzień jednak woda jeszcze znacznie opadła i bałem się, że może po prostu być sucho i ptaki odsuną się za daleko, żeby je móc sensownie fotografować. Jedna wiadomość mnie jednak pokrzepiła. Ze względu na ostatnie opady, poziom wód w rzekach regionu się znacznie podniósł, w niektórych miejscach nawet prawie do poziomu alarmowego… jest więc nadzieja.

Nie ma co się zastanawiać, trzeba spróbować.

Prognoza z dwóch źródeł jest obiecująca. Sprzęt naszykowany, odpowiednie grube ubranie także, budzik na 4:15 ustawiony. Kładę się. Dużo spania nie będzie, ale raz na jakiś czas warto niedospać, żeby doświadczyć czegoś magicznego. Budzi mnie głos żurawi, ale nie, nie jestem w terenie, to tylko mój telefon. Mam zresztą taki sygnał na pobudkę od wielu lat i nigdy nie zawodzi. Wstaję i pierwsza rzecz jaką robię, to rzut oka na zdjęcie radarowe zachmurzenia. Jest dobrze! Nad moim celem teraz jeszcze są chmury, ale w ciągu najbliższej godziny przesuną się dalej i świt powinien być jasny i słoneczny. Teraz szybka kanapka, herbatka, coś do termosu, ubrać się i do samochodu. Odpalam silnik, ustawiam Tangerine Dream w odtwarzaczu i w drogę. Tangerine Dream często mi towarzyszy w drodze na błoto, to już trochę taki rytuał, żeby nie powiedzieć zaklinanie rzeczywistości 🙂

Jest jeszcze zupełnie ciemno. Czeka mnie godzina w samochodzie, potem krótki spacer i rozstawienie czatowni. I muszę zdążyć, żeby w czatowni być przynajmniej godzinę przed wschodem słońca. Na szczęście robiłem to już nie raz, więc i tym razem dam radę.

Niebo ciągle zachmurzone

Jestem coraz bliżej, niebo jest ciągle zachmurzone, nie widać gwiazd. Ale od zachodu widać pas jaśniejszego nieba – chmury odchodzą na północny wschód, zostawiając czysty horyzont. Będzie dobrze.  Dojeżdżam na miejsce i moim oczom ukazuje się widok nieoczekiwany. Błyszcząca powierzchnia dochodzi aż do samego brzegu – czyli wody przybyło dużo, na pewno za dużo, żeby w tym miejscu próbować robić zdjęcia. Ale moje miejsce docelowe jest kawałek dalej na północ, kilkaset metrów piechotą. Wskakuję zatem w kalosze, zabieram norkę, podpórki wędkarskie i maty (co razem stanowi moją czatownię) oraz torbę z aparatem. Idę.

Błoto

Po kilkuset metrach drogi wśród krzaków i drzew dochodzę do miejsca, gdzie można wejść na błoto. I o dziwo tutaj jest chyba wyżej, bo ląd wdziera się w rozlewisko niewielkim cypelkiem. I już wiem, że tam właśnie będzie miejsce mojego „leżakowania” przez najbliższe kilka godzin. Teraz trzeba działać najszybciej jak się da, bo każda chwila zwłoki może oznaczać późniejsze niepowodzenie. Czatownię rozstawiam szybko. Rozkładam najpierw jedną matę, żeby odizolować się od wilgoci, na niej kładę grubszą matę wojskową. Na to wszystko norka, która jest po prostu pokrowcem na wojskowy śpiwór (nie jest to typowa norka snajperska, bo za taką trzeba bardzo dużo zapłacić), lekko przeze mnie zmodyfikowaną poprzez rozcięcie tkaniny w taki sposób, żeby leżąc dało się oglądać świat z przodu, oraz doszycie siatki maskującej w taki sposób, aby z kolei przykryć głowę i aparat. Zdaje to egzamin całkiem nieźle. Szczególnie, że sama norka ma miejsce na pałąk taki jak od namiotu, żeby w miejscu, gdzie jest głowa materiał wisiał stabilnie. Dodatkowo dla usztywnienia mocuję podpórki wędkarskie. Za dnia wygląda to wszystko tak:

Wracając do czatowania – wystawiam aparat i czekam. Nadal jest dość ciemno, ale wzrok już się na tyle przyzwyczaił, że widać majaczące pieńki wystające z błota, odległe zakrzaczenia i światła latarni na drugim brzegu. Chmury sukcesywnie odchodzą odsłaniając różowiejące już w tym momencie niebo.

Światło jak bajka…

…a na rozlewisku przede mną nie ma ani jednego ptaka. Słychać za to żurawie z oddali po prawej stronie. Siedzą gdzieś za krzakami w jednej z zatoczek. I tak tu nie przylecą, bo nie mają tego w zwyczaju. Światła przybywa, a ptaków w pobliżu nie ma… latają w oddali gęsi, prawdopodobnie płoszone przez bielika. Próbuję zatem fotografować a to odległe zbiorowiska ptaków, a to urocze pieńki, które są pozostałością niegdyś rosnących tu drzew… zanim teren został zalany w 1986 roku.

Czaple, które widać na zdjęciu powyżej były na granicy wzroku… na rozlewisko przed czatownią nie przyleciał ani jeden ptak. Co ciekawe, nie latały żadne gatunki, które mogłyby potencjalnie chcieć skorzystać z błotka i rozległego rozlewiska. No nic… tym razem trochę pieńków, wchodząca „kula” i tyle… pora wstawać, słońce już jest na tyle wysoko, że ładnych zdjęć i tak nie zrobię. Nic w pobliżu nie ma, więc mogę spokojnie wyjść z norki, żadnego ptaka nie spłoszę. Tak też robię. Jeszcze tylko szybka dokumentacja miejsca i trzeba wracać….

Miły bonus

Zbierając się zobaczyłem raniuszka na wierzbie obok. Pomyślałem, że może spróbuję go sfotografować. Po chwili okazało się, że jest całe stadko… a efekty są takie:

Niby niewiele, ptaszek dość pospolity, ale i tak te zdjęcia mnie bardzo cieszą. Nie miałem do tej pory tak bliskich spotkań z tym uroczym i pięknym gatunkiem.

Mimo, że fotograficzne efekty niczego nie urywają, to i tak warto było wstać o tej 4:15, jechać godzinę w jedną stronę, a potem leżeć na zimnym błocie. Takie spotkanie z przyrodą jest bardzo intymnym doznaniem, pozawala zapomnieć o codzienności i poczuć się po prostu dobrze! Woda opada, a prognozy na kolejny tydzień są raczej zniechęcające…zobaczymy, kiedy teraz będzie potencjał na kolejny wyjazd w teren… oby nie dopiero jak spadnie śnieg!

11 komentarzy

    1. Super, cieszę się, że Ci się podoba! Piszę jak jest i myślę, że jeśli ktoś nie wie jak to jest, bo nie fotografuje w ten sposób, to się dowie. A ten, kto taki rodzaj fotografii praktykuje może poczuje się jak u siebie, albo też zobaczy, że coś można robić np. inaczej niż on…tak czy siak z korzyścią mam nadzieję 🙂

  1. No właśnie poczułem się tak, jak sam bym tam był 🙂
    Fotografowanie od zachodniej strony jest ciekawym uzupełnieniem sesji wyleżanych po przeciwnej stronie zbiornika. Ptaki pięknie podświetlone o świcie, gdyby tylko przyleciały … Same procedury wyprawiania się na takie plenery są ciekawe, bo faktycznie można poznać dobre patenty innych na działania organizacyjne w pewnych sytuacjach, z którymi się zmagamy.
    Czekam na więcej.

  2. Witaj Michał, ja też uwielbiam fotografowanie: fotografowanie przyrody, fajnych krajobrazów, a także portrety i zabawne sesje ze znajomymi.
    Rzeczywiście jest tak, jak piszesz. Wypady w teren z aparatem, fotografowanie ptaków czy zwierząt jest niesamowitym doznaniem i pozwala odreagować.
    Ja kilka dni temu fotografowałam, co prawda z odległości rozlewisko rzeki Łarpia(to w Policach pod Szczecinem). Jakiś czas temu była cofka, więc widok był niesamowity, słońce, które wyszło zza chmur za kościołem odwaliło całą robotę.
    Ja jestem raczej śpiochem hihi, ale popołudnia z ładną pogodą bywają całkiem fajne. Poszukuję własnej drogi, ciągle mnie gdzieś niesie, chcę robić to, co kocham.
    Rób to, co kochasz, fotografuj,pisz bloga o tym, powodzenia 🙂

  3. Masz w mojej osobie kolejnego czytelnika, fajny i przyjemny w odbiorze opis wyjścia w teren. Sam niekiedy coś skrobnę do zdjęcia i tym bardziej wiem że napisać coś co przyciągnie czytającego nie jest łatwe. Tobie to wyszło znakomicie. Pozdrawiam.

  4. Tak…leżenia w błocie( nie testowałam), natomiast siedzenie w 40 stopniowym upale tak……i chociaż widoki i towarzystwo cudne to stwierdzam…..ciężki kawałek chleba ta fotografia przyrodnicza. 😉

    1. Żeby dało się zarobić tym na chleb… 😉 Większość z nas robi to z pasji i nie ma z tego nic poza satysfakcją. Śmiem jednak twierdzić, że ta satysfakcja jest najważniejszą rzeczą w życiu, bo sprawia, że człowiek czuje się dobrze, jest szczęśliwszy i otoczenie może tylko z tego czerpać 🙂

  5. Bardzo miło się czyta takie prawdziwe opowieści. A tym bardziej, że nie jest jakieś kosmiczne foto-safari a po prostu, wyjazd tuż „za miedzę „. Oczywiście efekty mogą być różne, ale wartością dodaną jest fakt, iż gdybyś nie pojechał to zawsze byś żałował. A tak jest kilka uroczyć kadrów, wspomnienie przygody, no i ta fajna opowieść dla nas. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *